Stolica Ekstremadury –Merida – ma dość specyficznych mieszkańców. Nie dają się wyspać nawet w sobotni poranek. Dobiegające zza okna jednostajne klekotanie w końcu zmusiło mnie do pobudki. O kim konkretnie mowa? O bocianach. Gdzie nie spojrzeć, wszędzie widać ich długie, czerwone dzioby. Są na dachach, kominach, mostach. Latają, wiją gniazda, przyglądają się ludziom. I klekoczą.

Jednak nikt przy zdrowych zmysłach nie odwiedza Meridy ze względu na bociany. Tutaj się jedzie, by stanąć oko w oko z historią sięgającą dwa tysiące lat. Merida to miejsce, gdzie przy odrobinie wyobraźni, można poczuć się jak w starożytnim Rzymie.

Liczba zabytków pamiętających krwawe walki gladiatorów i wyścigi rydwanów jest wręcz porażająca. Co ciekawe, nawet klasyczną hiszpańską tortillę i gazpacho serwuje się w barach o dekoracjach nawiązujących do starozytności. Żadnych plakatów z korridy, żadnych wachlarzy. Typowo południową atmosferę (choć pogoda w Ekstremadurze, jak narazie jest dość andaluzyjska, ok. 18ºC w ciągu dnia) wypiera starożytny Rzym.
Merida została założona dokładnie 2036 lat temu z rozkazu ówczesnego cesarza Oktawiusza Augusta. Pierwotnie miała być…osiedlem dla emerytów. A ściśle mówiąc emerytowanych rzymskich legionistów. Stąd nazwano to miejsce Emerita Augusta.
Teatr rzymski to najciekawszy zabytek miasta. Tak jak dwa tysiace lat temu, również wspołcześnie odbywają się tutaj spaktakle i przedstawienia. Jest jednak jedna istotna różnica w wykorzystaniu teatru. Ani król, ani żadna partia polityczna nie wykorzystują tego miejsca na mniej lub bardziej wyrafinowane akcje propagandowe, jak miało to miejsce w epoce rzymskiego imperium.
Teatr wykorzystywany był więc do wzbudzania uwielbienia panującego cesarza, ale prawda jest taka że tłumy chętniej ciągnęły do pobliskiego amfiteatru. Dlaczego? Ano, bo można tu było zobaczyć lejącą się hektolitrami krew: dzikich zwierząt i walczących z nimi gladiatorów. W Muzeum Sztuki Rzymskiej można nawet zobaczyć świetnie zrekonstruowane mozaiki przedstawiające mężczyzn walczących z lwami.
Jest też sporo innych, mozolnie poskładanych mozaik, wśród których moją uwagę zwróciła…swastyka. Jak wiadomo hitlerowska III Rzesza zaczerpnęła ten symbol właśnie od Rzymian.
Ile osób mogło uczestniczyć w takich atrakcjach? No cóż, nie istniała telewizja, nie było Internetu. Trzeba było zapewnić rozrywkę dla szerokiej publiczności. Amfiteatr liczył 15 tys. miejsc, a położony nieco na uboczu hipodrom, w którym odbywały się wyścigi rydwanów – 30 tys. To niewiele mniej niż wynosiła wówczas liczba mieszkańców całej Meridy (Emerita Augusta).
Spacerując po mieście natrafić można na wiele innych rzymskich pamiatek: most, akwedukty, łuki, świątynie. A na nich…zgadnijcie! Tak, klekoczące bociany…

Spodobał Ci się wpis? Podziel się!

Komentuj albo Wyślij RSS feed.

5 Responses to Merida – bociany i gladiatorzy

  1. Ania pisze:

    @Aldona: tak, Merida to takie Mazury x100, tyle ich tu jest!:)
    A wiesz, nie kojarze muzeum bociana.Jest Dom Bociana, Wieza Bociana, ale muzeum chyba nie…

    Nie wiedzialam ze w bocianach ukrywaja sie zmarli ludzie… Kto wie, moze te bociany w Meridzie maja w sobie duchy zmarlych gladiatorow? Hmm:)

  2. Aldona pisze:

    Ooo Aneczko, jak tyle bocianków, to możesz poczuć się jak na Mazurach :)

    Powiedz, czy jest tam Muzeum Bociana? :) Bo na wioseczce Cybinka k/Zielonej Góry takowe właśnie się znajduje, to pierwsze takie muzeum w Polsce i jedno z nielicznych w Europie.

    Piękne to ptaki!
    I jeszcze jedna z ciekawostek, jeśli ktoś nie wie…w kulturze muzułmańskich krajów wierzono, że postacią bociana ukrywają się zmarli ludzie.

  3. Ania pisze:

    @T.J.: oj tak, Merida robi wrażenie! Może w kwietniu namówię Cię na kolejne wakacje, tym razem w Ekstremadurze?:) Nie doceniałam wcześniej tego miejsca, a na prawde warto odwiedzić to miejsce!
    pozdrawiam!

  4. Anonymous pisze:

    Jestem po wrażeniem, pozdrowionka i do zobaczonka:) w kwietniu
    T.J.

Dodaj komentarz