Zaczęło się…deszczowo. Słoneczna Andaluzja pożegnała deszczem, a deszczowa Galicja przywitała słońcem. Nie ma to jak mieć „szczęście”. Pierwszym celem jest średniowieczna miejscowość Tui w południowo-zachodniej części regionu, tuż przy granicy z Portugalią. Granica przebiega poprzez ogromną rzekę Miño. Sympatyczny spacer przez most i już zamiast hiszpańskich tapas można dostać kultowego, portugalskiego suszonego dorsza. Tak poza tym, wielkich różnic nie ma. Nawet język, którym posługują się mieszkańcy Galicji przypomina bardziej portugalski, niż hiszpański (uff, ciężko idzie ze zrozumieniem!).

Podobno (jak to bywa z legendami- nigdy nie wiedomo, ile w tym prawdy), pod rzeką wyznaczającą granicę hiszpańsko-portugalską znajduje się  sekretny tunel, przez który jedna z miejscowych księżniczek, Doña Uraca, wymykała się na  spotkania ze swoim portugalskim kochankiem.  

 Uliczki w Tui..

Tuijest całkiem sympatycznym, średniowiecznym miasteczkiem, z zadbanymi uliczkami i intrygującą katedrą.

Uliczki w Tui..

Co ciekawe, położona na wzgórzu katedra wygląda raczej jak forteca a nie jak świątynia. Mi najbardziej spodobały się widoki z dzwonnicy. Widać stamtąd wspominaną rzekę Miño.

Katedra w Tui

Widok z dzwonnicy na rzekę

Dziedziniec katedralny…ciągle świeci słońce!
Kolejnym punktem na trasie było znajdujące się niedaleko, wzgórze Santa Tekla, gdzie znajduje się rekonstrukcja celtyckiej osady z VI wieku p.n.e. Ach, no i znów zapierający dech w piersi widok na rzekę Miño. Tym razem jednak można zobaczyć, jak rzeka wpływa do Oceanu Atlantyckiego.

A jak mieszkało się tu Celtom, a później Rzymianom te kilka tysięcy lat temu? 
Rekonstrukcja dawnej osady 

Otóż położenie na wzgórzu zapewniało ochronę przed atakami wrogów, a  bliska odległość od  oceanu  pozwalała na utrzymanie się z rybołóstwa. Mieszkali natomiast w takich oto kamiennych domkach pokrytych strzechą.
W miejscu kamiennych okręgów, cztery tysiące lat temu również znajdowały się domy. W sumie osada liczała około 5000 osób.
Zjeżdżamy ze wzgórza i docieramy do rybackiej wioski A Guarda. Pora na obiad i degustacje wszelkich możliwych morskich potworków. I tu z niewiedzy popełniamy pierwszy błąd tej podróży. Zamawiamy z 8 różnych tapas, zakładając, że tak jak w Sewilli będą mikroskopijnych rozmiarów (idealne do degustacji!).
A tu…ogromne talerze! Oczy by chciały, ale żołądek już w połowie uczty się zbuntował. Szkoda!

Tak wyglądają galicyjskie tapas. W Sewilli podanoby pewnie 2 muszle…tutaj..10!!! (a propos, te „muszle” to tzw. małe przegrzebki. Pychota!

Po obiedzie, pora na spacer po wiosce. Przy marinie zaciekawia mnie ten oto obrazek…

Kilka starszych pań zbierało…algi, które ocean wyrzucił na brzeg. Ciekawe, po co? Może na kosmetyki? Hmm…

Dzień kończymy w miejscowości Baiona. W tej chwili to dość drogi kurort, natomiast w 1493 r. była to pierwsza miejscowość, do której przypłynęły karawele Kolumba z wiadomością o odkryciu Ameryki. Jest tu nawet replika karaweli Pinta, dokładnie taka, jaką widziałam w andaluzyjskim Palos de la Frontera, skąd Kolumb wypłynął.

W Baionie znajduje się również średniowieczny zamek, w którym obecnie znajduje się luksusowy hotel. Za wizytę w hotelu trzeba zapłacić 1 euro, ha!!! (a za nocleg jakies 400 euro;))
I tak oto nadszedł wieczór, po kilkunastu godzinach zwiedzania pora wracać na nocleg…

Spodobał Ci się wpis? Podziel się!

Komentuj albo Wyślij RSS feed.

9 Responses to Galicja – pierwsze wrażenia z podróży

  1. AM pisze:

    Ahh, i niestety „necoras” (raczynce jadalne?)to jedyne marisco ktore mi nie smakowalo…
    Uwielbiam za to „zamburiñas” (male przegrzebki), dosc rzadko osiagalne w barach w Sewilli.

  2. AM pisze:

    @EliS: tez tak slyszalam! Podobno najlepsze marisco w ogole nie trafia nawet na lonje (gielde, gdzie licytuje sie towar wsrod restauratorow), tylko od razu ladowane jest do pociagow, ktore nad ranem docieraja do Madrytu (=najlepszych restauracji).
    Nie wiem czy to jest prawda, bo w Madrycie nie jadlam owocow morza, ale na pewno te co jadlam w Galicji byly REWELACYJNE!

  3. EliS pisze:

    No widzę, że Lugo sentymentalnie będzie wspominane :)
    Co do mariscos, to lokalni mówią, że tu w barach wcale smacznych zjeść nie można. Bo najlepsze od razu są sprzedawane do Madrytu chociażby i tam można ich spróbować. Oczywiście za odpowiednią stawkę…
    Ale tu i tak są pyszne. Ja uwielbiam navajas :)

  4. AM pisze:

    @EliS: dzieki za komentarz! Jesli chodzi o porcje w tym akurat opisywanym barze, to niestety w karcie bylo napisane „tapas”. Moze to taki „chwyt” na turystow?
    Dopiero tak na prawde w Lugo poznalam prawdziwe galicyjskie TAPAS i…bylam lekko zszokowana! W Granadzie jest co prawda zwyczaj darmowych tapas, ale na zasadzie: 1 napoj= 1 tapas. W Lugo (a potem jeszcze w kilku innych miejscowosciach), darmowe przekaski podawano niemal na okraglo, mimo ze przez dwie godziny siedzialam nad jedna herbata. Cos niesamowitego! Mysle, ze mieszkajac w Galicji trzeba uwazac…zeby nie przytyc;))
    Tak a propos jeszcze jedzenia, zaskoczylo mnie, ze najsmaczniejsze pulpo dostalam z dala od wybrzeza (ach, i znow to Lugo…)
    pozdrawiam:)

  5. EliS pisze:

    Wybacz, ale zwrócę Ci uwagę :0 To co zamówiliście to nie tapas tylka raciones. Tapas w Galicji dają za darmo do piwka chodziażby i też by się składały z dwóch muszelek, kawałka tortilli, ensalada rusa, czy chipsów i oliwek – w zależności od lokalu. A raciones są przeogromne :)

    Kobiety algi na zupę zbierały.

    A taką obronną formę miała większość hiszpańskich katedr (przynajmniej tu na północy). Wynikało to stąd, że wygnanie Maurów zaczęło się właśnie od północy. Więc pierwsze co budowali chrześcijanie na odzyskanych ziemiach były to katedry. A że czasy wciąż były niepewne to budowali katedry-fortece.

  6. AM pisze:

    Tutaj co krok widac takie celtyckie/”irlandzkie” klimaty. Mialam juz tez okazje posluchac typowa galicyjska muzyke i powiem Ci, ze normalnie jak z filmu „Wichrowe Wzgorza”:))A flamenco? Jakby tu jeszcze nie dotarlo;))

  7. Michalina pisze:

    Celtowie.. to cos dla mnie, lubie te klimaty:) Musze tam kiedys zawitac koniecznie;) Czekam z niecierpliwoscia na c.d.:) I zycze slonca!!! W Maladze wlasnie przestalo lac, pewno na chwile ale pogoda tez jest barowa;)Un salud

  8. AM pisze:

    Ha! po sloncu zostalo tylko wspomnienie! Snieg, deszcz, snieg, deszcz…Jeszcze tylko tornada brakuje;P

  9. Ewa pisze:

    Ech słońce, ech podróże… Fajnie fajnie!

    Takich replik karaweli to chyba jest jeszcze więcej na świecie, zdaje się na Maderze też mozna je obejrzeć… :)

Dodaj komentarz